Adam Dennison - wartościowa poezja śpiewana

Muzyka, koncerty, galerie, multimedia, artykuły, utwory poetyckie

POEZJA

Deszcz

każdy deszcz
jest jak płacz dziecka
możliwy i niemożliwy
do zatrzymania
po łagodnych pagórkach
toczą się krople
niepodobne do innych
powszechnie znana przyczyna
nie kryje w sobie nic niezrozumiałego
na bladoszarych twarzach łąk
między szemrzącymi strumykami
szukam słów
których ton nie zniszczy nadziei
na czytanie świata
czekam cierpliwie
omijając gładkie powierzchnie
wyrzeźbione przez wodę
wilgotne korony drzew
chwieją się na bezwietrze
pochylając się co chwila
nad losem bezpowrotnie pobiegłych
źródeł

deszcz

SNY ZE ZMYŚLONYCH NOCY

czasami bywa
że sny ze zmyślonych nocy
leżą pokotem na konturach rzeczy
i nie chce się zmącić
ich niepoukładania
i rzeczy istoty
zastyga ruch w skupieniu
coraz inny
na fotelach i lampach
obce
jakieś obce kroki tu były
jakieś oddechy zostały
kuchnia a w kuchni tańce
inne niż we śnie
tak już jest
wszystko co nieuczesane
musi się związać nieładem
tworzywem nieznanym

noc

LABIRYNT

słowa
odnajdźcie w labiryncie
z niego alegoria dobra
słowa
dwie ślepe ofiary
dwie trudne próby
pradawny strach
pradawna epifania
to wszystko w pył obraca
t e r a z
do niczego nie odsyła
niewiele widzi
szuka tropów i poszlak
wielkomiejskie ścieżki
zawsze prowadzą do celu
wybór jest pozorny
środek zwykle jest tam
gdzie być powinien
tylko głupcy cieszą się
z marnego palimpsestu
taniej trawestacji
nie byli ofiarami
nie będą zwyciężać

x2

 

ARS

w czernicy powietrznej
wychodzą mi z głowy
dziwotwory
pół-zjawy
w otchłani gubiąc wiecznie
tę samą treść
z ciągle innymi słowy
a wszyscy prości i prawi
oddają cześć
z nocnym półmrokiem
na zjaw moich szlaku
trwają księżyc i słońce
bez ustanku
razem
zlewają się z moim okiem
małe głowy i niekształtne serca
ręce na temblaku
i chór ten cały nierównym krokiem
maszerując bezwiednie
wykrzykuje przyśpiewki pijaków

zjawy

EROTYK WIECZORNY

spójrz
siedzę przy tobie i nie chcę słów
wystarczy mi twoja twarz smutna
zmieszana z kolorem mebli
płynąca w strumieniu włączonej pralki
zobacz
już twoje ramiona półnagie
nie naglą do grzechu
nie otwiera się żadna słodycz
wspomniana bezbarwnym wzrokiem
widzę twoje piersi a milczę bezkreśnie
nie grają nam sosny wyrosłe w pośpiechu
ni skrzydeł trzepot nie wsiąka nam w ręce
coś tylko jeszcze z ust
pozostało coś tak dalekie
że już niezgadnięte
przyszła ta bliskość
tak daleka właśnie
że się nie krząta myśl po olśnieniach
i siedzimy ze sobą
zmyśleni
zatarci

Jeyran Mahdavi

Jeyran Mahdavi

Z BEZSENNYCH NOCY [II]

jeszcze się w mgłach nie topi ulica
a śnieżnobiałe przybiera istnienia
i gdzieś za zakrętem u kresu patrzenia
wezbrana galopem królewska konnica
niwecząc światło cichego księżyca
ślizga się w chmurach podobnych do ziemi
raz blednie w nicości a raz się rumieni
posyła w dolinę skamieniałe lica
nie wiem czy gdzieś dotrą i czy coś odmienią
walecznych posłańców utrwalone jazdy
wchodząc w przestworza tak jak w ręce drzazgi
czy się nakryją bezładną przestrzenią

ksiezyc

Z BEZSENNYCH NOCY

każesz mi wracać w progi nieznajome
i chwytać listy jak motyle czyste
a ja znikniony zbieram krople szkliste
dalekie dźwięki nocą uronione
co kalekując wędrują przez cienie
bez odpoczynku jak mgliste istnienie

CIĘŻAR NOWEGO MALOWIDŁA

trawnik był ogromny
mała mrówka
prawie mniej niż nic
wychylała głowę ponad szczecinę
nie spłynęła na nią nawet
rosa
żadna łaska
ani światłość ani tajemnica
w swojej mrówczej osobowości
potrzeba poznania
niżej niż inne potrzeby
najniżej
zaprogramowana z błędem
wadliwym genem
ze skrzywionym obrazem świata
nie wiadomo czy zdoła udźwignąć
ciężar
nowego malowidła
poniżona przez podeszwę
zdeptana przez niezidentyfikowaną siłę
niema ofiara
ironii i przyrody

trawa

ZWIASTOWANIE

ból wzmacnia zmysły
poszerza pole widzenia
odbiera
myśli które nie mają przyczyny
zwiastowanie właśnie następuje
blady anioł stoi na baczność
to o czym będą pisać
toczy się w głowach zainteresowanych
po ilu dawkach można spokojnie
zasnąć
nie czuć czterech żywiołów
zastanawiali się wszyscy
obdarzony myśleniem arcylogicznym
z zakrzepicą
i niezdiagnozowaną schizofrenią
słabym sercem
nie może podołać
słowo kruszyło się zawsze
nie mogło stać się ciałem
nazbyt jest śliskie i pasujące
nazbyt jasne i spodziewane
nie można nim nazwać chmur
ani roślin
nawet cierpienie wyrażone słowem
nic nie znaczy
nikt w nie nie wierzy naprawdę
myślą
że jest lepszy sposób
nie tak inwazyjny

zwiastowanie

NA WPÓŁ-WPROST Z GŁOWY

czuję ciężar krzesła
na którym siedzą moje
smutnie formalne
uciekające atomy
przemawiać
znów zawiłość
nie – masówka
brak współczesnych poetów
trwałość – funkcja wyższa
wulgarnie umowne znaki
i spory rodziny ludzkiej
wystylizowany na odosobnionego
chwalebnie odizolowanego
w skórze jest dobrze i niedobrze
klasycy odeszli
a wszystko pozostało
podmiot i przedmiot
meta i hemo
widzialny i niechciany
każdy szczegół wszystkie szczegóły
brak
w kolekcji obrazków świata
nie ma niewinności
co jest czego nie ma
i czego mogłoby nie być
twoja perspektywa

DZIEWCZYNKA LAT SIEDEM

aria jak skowyt wilka
dziewczynka
lat siedem
umiera na raka
pod czwórką
pod trójką
grają w kulki zielone
przechodziły baby
przyniosły zupę
krupnik
wujek Staszek i siostra od Janka
sok pomarańczowy
ciocia Mania
zawsze jest taka ciocia
nie martw się dziecko
odrosną ci włoski
takie miałaś ładne kręcone
padła żarówka
kroplówka
splątała się w rączce
sufit jest ciągle tak samo biały
znów zabrzmiało
co za muzyka
dobrze bierze górne partie
zjedz krupniku
chociaż trochę
zjedz krupniku
zjedz
wolała jak palą jej żyły
tej spod czwórki już nie dajemy
naprawdę
ona widzi jakieś motylki
śmiechu warte
niech przestanie wreszcie krzyczeć
telewizji nie można oglądać
wiadomości
uciszcie tego bachora
to zabawne że człowiek
musi umierać

dziewczynka

NA POŻEGNANIE XX WIEKOWI

uczyli miłości na opak
z jednoosobowym paradygmatem
rozumy mieli wielkie a serca małe
zarżnęli świnie krowy
wystrzelali kury i kaczki
książki dały im ciepło
wozili kable i sznurki
zabawki i rozkładane tapczany
transporty kołysały się słodko
z prawa na lewo
z zachodu na wschód
podeptali krzyże i urwali łeb Chrystusowi
grali nim w piłkę do późnego wieczora
aż mama zawołała na kolację
jajecznica smakowała jak nigdy
wyostrzone zęby wtapiały się w nią jak w masło
z brody skapywał tłuszcz
kropla po kropli
kropla po kropli
poprzestawiali zegary na czas wysoce zmienny
biologicznie
nie było strachu kolacja zjedzona
nikt się nie złościł nie wygłaszał przemów
woda zawsze spływała z gór
jak od sąsiadów z wyższego piętra
zostawili włączoną pralkę i zapomnieli
woleli słuchać Mozarta
i tak im było blisko do niego
że wyrwali z zaświatów kilka żywych tonów
dwie frazy
i jeden następnik
podliczyli i oznajmili z dumą
iż metafizyka cenniejsza

anioly

Trupi morsztynik

Siedzę gdzieś w tobie – pośród wnętrzności,
Nie czując strachu ni gniewu w sobie,
Nie wiedząc, czy jeszcze nad ziemią – czy w grobie,
Powoli wchodzę przez mięso do kości.

Nieczyste soki i powietrze gęste,
Z sufitu kapie, jakby od sąsiada,
Przede mną ciemność, a za mną już plaga
Bezwiednej tłuszczy wieszczy rychłą zemstę.

Ty nic nie mówisz, ja sam nie mam siły,
Nic ci uczynić dobrego nie umiem,
Tylko się schowam w wewnętrzną zadumę.

Dwa nasze serca… Już na dnie mogiły?
Nasze wzruszenie nicością się mieni,
Nie świta dziś – i mgły nie wstają z ziemi.

przemijanie-poezja

Adam Dennison - wartościowa poezja śpiewana © 2015 Frontier Theme