Poezja śpiewana - Adam Dennison

MENU

Strona główna

O artyście

Oferta koncertowa

Rider techniczny

Muzyka

Multimedia

Księga gości

Utwory poetyckie

Galeria zdjęć

Rok Czesława Miłosza

Historia i teoria literatury

O poezji śpiewanej

Biblioteka Adama

 Przyjacielskie linki

Kontakt

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Adam Dennison - wybrane utwory poetyckie    

 

 

 

ZWIASTOWANIE

 

ból wzmacnia zmysły

poszerza pole widzenia

odbiera

myśli które nie mają przyczyny

zwiastowanie właśnie następuje

blady anioł stoi na baczność

to o czym będą pisać

toczy się w głowach zainteresowanych

po ilu dawkach można spokojnie

zasnąć

nie czuć czterech żywiołów

zastanawiali się wszyscy

obdarzony myśleniem arcylogicznym

z zakrzepicą

i niezdiagnozowaną schizofrenią

słabym sercem

nie może podołać

słowo kruszyło się zawsze

nie mogło stać się ciałem

nazbyt jest śliskie i pasujące

nazbyt jasne i spodziewane

nie można nim nazwać chmur

ani roślin

nawet cierpienie wyrażone słowem

nic nie znaczy

nikt w nie nie wierzy naprawdę

myślą

że jest lepszy sposób

nie tak inwazyjny

 

NA WPÓŁ-WPROST Z GŁOWY

 

czuję ciężar krzesła

na którym siedzą moje

smutnie formalne

uciekające atomy

przemawiać

znów zawiłość

nie – masówka

brak współczesnych poetów

trwałość – funkcja wyższa

wulgarnie umowne znaki

i spory rodziny ludzkiej

wystylizowany na odosobnionego

chwalebnie odizolowanego

w skórze jest dobrze i niedobrze

klasycy odeszli

a wszystko pozostało

podmiot i przedmiot

meta i hemo

widzialny i niechciany

każdy szczegół wszystkie szczegóły

brak

w kolekcji obrazków świata

nie ma niewinności

co jest czego nie ma

i czego mogłoby nie być

twoja perspektywa

 

 

 

 

NA POŻEGNANIE XX WIEKOWI

 

uczyli miłości na opak

z jednoosobowym paradygmatem

rozumy mieli wielkie a serca małe

zarżnęli świnie krowy

wystrzelali kury i kaczki

książki dały im ciepło

wozili kable i sznurki

zabawki i rozkładane tapczany

transporty kołysały się słodko

z prawa na lewo

z zachodu na wschód

podeptali krzyże i urwali łeb Chrystusowi

grali nim w piłkę do późnego wieczora

aż mama zawołała na kolację

jajecznica smakowała jak nigdy

wyostrzone zęby wtapiały się w nią jak w masło

z brody skapywał tłuszcz

kropla po kropli

kropla po kropli

poprzestawiali zegary na czas wysoce zmienny

biologicznie

nie było strachu kolacja zjedzona

nikt się nie złościł nie wygłaszał przemów

woda zawsze spływała z gór

jak od sąsiadów z wyższego piętra

zostawili włączoną pralkę i zapomnieli

woleli słuchać Mozarta

i tak im było blisko do niego

że wyrwali z zaświatów kilka żywych tonów

dwie frazy

i jeden następnik

podliczyli i oznajmili z dumą

iż metafizyka cenniejsza

 

 

 

DZIEWCZYNKA LAT SIEDEM

 

aria jak skowyt wilka

dziewczynka

lat siedem

umiera na raka

pod czwórką

pod trójką

grają w kulki zielone

przechodziły baby

przyniosły zupę

krupnik

wujek Staszek i siostra od Janka

sok pomarańczowy

ciocia Mania

zawsze jest taka ciocia

nie martw się dziecko

odrosną ci włoski

takie miałaś ładne kręcone

padła żarówka

kroplówka

splątała się w rączce

sufit jest ciągle tak samo biały

znów zabrzmiało

co za muzyka

dobrze bierze górne partie

zjedz krupniku

chociaż trochę

zjedz krupniku

zjedz

wolała jak palą jej żyły

tej spod czwórki już nie dajemy

naprawdę

ona widzi jakieś motylki

śmiechu warte

niech przestanie wreszcie krzyczeć

telewizji nie można oglądać

wiadomości

uciszcie tego bachora

to zabawne że człowiek

musi umierać

jak pospolita

świnia

 

CIĘŻAR NOWEGO MALOWIDŁA

 

trawnik był ogromny

mała mrówka

prawie mniej niż nic

wychylała głowę ponad szczecinę

nie spłynęła na nią nawet

rosa

żadna łaska

ani światłość ani tajemnica

w swojej mrówczej osobowości

potrzeba poznania

niżej niż inne potrzeby

najniżej

zaprogramowana z błędem

wadliwym genem

ze skrzywionym obrazem świata

nie wiadomo czy zdoła udźwignąć

ciężar

nowego malowidła

poniżona przez podeszwę

zdeptana przez niezidentyfikowaną siłę

niema ofiara

ironii i przyrody

 

 

 

 

 

Z BEZSENNYCH NOCY

 

każesz mi wracać w progi nieznajome

i chwytać listy jak motyle czyste

a ja znikniony zbieram krople szkliste

dalekie dźwięki nocą uronione

co kalekując wędrują przez cienie

bez odpoczynku jak mgliste istnienie

 

 

 

Z BEZSENNYCH NOCY [II]

 

jeszcze się w mgłach nie topi ulica

a śnieżnobiałe przybiera istnienia

i gdzieś za zakrętem u kresu patrzenia

wezbrana galopem królewska konnica

 

niweczy światło cichego księżyca

ślizga się w chmurach podobnych do ziemi

raz blednie w nicości a raz się rumieni

posyła w dolinę skamieniałe lica

 

nie wiem czy gdzieś dotrą i czy coś odmienią

walecznych posłańców utrwalone jazdy

wchodząc w przestworza tak jak w ręce drzazgi

czy się nakryją bezładną przestrzenią

 

 

EROTYK WIECZORNY

 

spójrz

siedzę przy tobie i nie chcę słów

wystarczy mi twoja twarz smutna

zmieszana z kolorem mebli

płynąca w strumieniu włączonej pralki

zobacz

już twoje ramiona półnagie

nie naglą do grzechu

nie otwiera się żadna słodycz

wspomniana bezbarwnym wzrokiem

widzę twoje piersi a milczę bezkreśnie

nie grają nam sosny wyrosłe w pośpiechu

ni skrzydeł trzepot nie wsiąka nam w ręce

coś tylko jeszcze z ust

pozostało coś tak dalekie

że już niezgadnięte

przyszła ta bliskość

tak daleka właśnie

że się nie krząta myśl po olśnieniach

i siedzimy ze sobą

zmyśleni

zatarci

 

ARS

 

w czernicy powietrznej

wychodzą mi z głowy

dziwotwory pół-zjawy

w otchłani gubiąc wiecznie

tę samą treść

z ciągle innymi słowy

a wszyscy prości i prawi

oddają cześć

z nocnym półmrokiem

na zjaw moich szlaku

trwają księżyc i słońce

bez ustanku razem

zlewają się z moim okiem

małe głowy i niekształtne serca

ręce na temblaku

i chór ten cały nierównym krokiem

maszerując bezwiednie

wykrzykuje przyśpiewki pijaków

 

 

 

SNY ZE ZMYŚLONYCH NOCY

 

czasami bywa

że sny ze zmyślonych nocy

leżą pokotem na konturach rzeczy

i nie chce się zmącić

ich niepoukładania

i rzeczy istoty

zastyga ruch w skupieniu

coraz inny

na fotelach i lampach

obce

jakieś obce kroki tu były

jakieś oddechy zostały

kuchnia a w kuchni tańce

inne niż we śnie

wszystko co nieuczesane

musi się związać nieładem

tworzywem nieznanym

 

 

LABIRYNT

 

przystojne słowa

odnajdźcie w labiryncie

z niego alegoria dobra

przystojne słowa

dwie ślepe ofiary

dwie trudne próby

pradawny strach

pradawna epifania

to wszystko w pył obraca

t e r a z

do niczego nie odsyła

niewiele widzi

szuka tropów i poszlak

wielkomiejskie ścieżki

zawsze prowadzą do celu

wybór jest pozorny

środek zwykle jest tam

gdzie być powinien

tylko głupcy cieszą się

z marnego palimpsestu

taniej trawestacji

nie byli ofiarami

nie będą zwyciężać

 

 

 

Wszelkie prawa zastrzeżone. Powered by DENNISON.PL 2006-2011

Design by AURELIUS - All rights reserved. Adam Dennison - wartościowa poezja śpiewana

Kopiowanie bez zgody administratora zabronione.